Kiedy Platonowi wpadał do głowy świat idei, kultura na której mógł się opierać ograniczała się w głównej mierze do Homera i kilku pośledniejszych autorów. Wszystkiej tej literatury, pieśni, legend i mitów starczało może na kilka lat leniwej nauki, a później – człowiek stawał przed niezapisanym skrawkiem pergaminu. Komuś urodziło się rozwinięcie jakiegoś wątku, kto inny go wykoślawił, a jeszcze inny w ogóle patrzył w trzecią stronę. I tak wieki leciały jeden za drugim, a tu coraz więcej owych stert pergaminu zapisanego i nawet pomimo starań inkwizycji w średniowieczu, która chciała jako tako uporządkować cały ów burdel, nawet pomimo ich usilnych starań wciąż makulatury było więcej i więcej. Pomimo ciągłej kumulacji, punkt krytyczny nie został przekroczony aż do XVIII wieku. Wtedy Pascal jako ostatni człowiek na ziemi przeczytał wszystkie dostępne mu książki, a przynajmniej tak twierdził. Krańcowość XVIII wieku traktuję dość umownie, a chwilę gdy Pascal przeczytał całą literaturę świata, jako symboliczny moment w chronologii dziejów, gdy ilość zapisanej kultury (wiem, że literatura nie=się kultura, ale to tylko figura retoryczna) przerosła człowieka, gdy kultury było już więcej niż pojedynczy człowiek mógł przyswoić i zmieścić w sobie.
A później mamy przecież cały ten kulturalno-multimedialny boom. Kino, komputery, fotografia, muzyka na płytach cd. I jako że ludzi jest więcej, toteż więcej tego powstaje. I kto teraz ma czas, żeby bawić się w Pascala. Uszami się wylewa cała ta kultura.
Oto więc jesteśmy w supermarkecie. Mamy po 75 lat do zagospodarowania i ograniczoną pamięć RAM mózgu. Produktów na półkach starczy na lat tysiąc pięćset sto dziewięćset, a w dodatku cały czas trwają remonty i modernizacje i po prawdzie, to dostawcy są wzorowi, nic się nie ociągają i co minutę przybywa nowa sterta cywilizacji. Idziemy więc na zakupy i wybieramy co nam się spodoba lub co nam się akurat wybierze. Trochę szkoda tego wszystkiego na co nie starczy pieniędzy i czasu, ale właściwie to co tam – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal (takie złote przysłowia również można w naszym supermarkecie nabyć, często też dołączane są w promocji do innych produktów)!
Chaos i bajzel oraz śmietnisko mamy w koszyku, gdy podchodzimy do kasy, pomieszanie epok i kultur, przypadek i intuicja, często cudze gusty, choć nasze też często, a w sumie to kto by je potrafił rozróżnić, surda jego suka.
Żebym tylko nie został źle zrozumiany na samym początku. Nie uważam, żeby śmietnisko było zjawiskiem negatywnym. Lubię je. Swojskie jest. A dzieci śmieci to bardzo sympatyczne stwory, sam jestem jednym i, no proszę tylko spojrzeć, jak uśmiecham się ślicznie płacąc kartą maestro mastercard junior.
Potem nawpieprzam się tego, co kupiłem i zaczynam m u t o w a ć.
A to co zjem to mnie zmienia, a ja, wzbogacony o nowe artykuły kroczę dziarskim krokiem przed siebie, albo czasem w bok, a niekiedy nawet obejrzę się w tył, ale generalnie to dalej i dalej, byle dalej.
Bo w ogóle to właściwie na czym tak w sumie polega całe owo zjawisko? I JAKIE to jest zjawisko?
Wpierdalam wszystko, KFC i Witkacego (smaczniejszy od Borowskiego), Symulakry i Pachelbela, Durex i etykietki od farby do włosów babci, kartę Heyah 25 zł, a potem czekam.
I wtedy zdarzenia zaczynają się zdarzać.
Niteczka po niteczce posuwam się dalej.
Całkiem niczym PROTAGONISTA scenariusza WTOREK, który [scenariusz] pojawił się w książce niniejszej również całkiem niteczka po niteczce przecież.
Niteczka po niteczce posuwam się dalej. Idę. Chwytam się tej przestrzeni i pozwalam prowadzić.
Przygoda, o ile nam się nie zdarza, o ile nagle nie zastaje nas na drodze, przygoda prowokowana i oczekiwana zazwyczaj rodzi się z brzucha, jest pępoidalna. PROTAGONISTA leżał pod kocem na łóżku. Chciał uciec. Pierwszym w co mógł uciec był brzuch jego. Spojrzał. Dotknął. I dał się poprowadzić.
To jest historia o tym, jak samemu tworzy się historię, albo raczej jak historia sama pozwala nam się tworzyć, jak historia może się zdarzać i o tym dokąd może nas zaprowadzić, o ile pozwolimy się porwać. Bo czemuż nie miałby dać się porwać PROTAGONISTA? Cóż lepszego miał do roboty?
Także podnosi głowę i dostrzega łazienkę. Lustro. W lustrze swoją twarz. Cudze twarze (dygresja). Goli się (skoro już jest przed lustrem). Goli się, a więc higiena, a przecież wokół jest brudno, trzeba więc wynieść śmieci. Skoro jest się już przy kontenerach, to można pójść dalej. Balkon (śliczny widok - estetyka), droga (topos wędrówki), las (scalenie z naturą) – kieruje się ku czemuś ładnemu. Ma piankę na twarzy, trzeba więc ją zmyć. Strumyk.
Całkiem carpe diem znakomite. To jest Łatwe i Oczywiste. Przestrzeń wokół i życie zdarzają się i prowadzą dryfującego PROTAGONISTĘ do-Kąd-ś. Czym jest Kąd? Tak w zasadzie może być czym-Kolwiek. Skąd wzięło się Kolwiek? Jasne, że z PROTAGONISTY, z brzucha jego, mar sennych i marzeń wieczornych, z książek i gamet, z małego plemniczka i komórki jajowej no i oczywiście z bebiko, które zajadał w dzieciństwie oraz ze skacowanych poranków w gimnazjum. Kąd i kolwiek – czyli potencjalnie wszystko, czyli nic właściwie.
„Historia jednostki w skrócie powtarza historię świata” – Emmerson. Strawestujmy tę myśl złotą na rzecz książki niniejszej, a otrzymamy „Historia PROTAGONISTY w skrócie powtarza historię narratora”.
Narrator zaczyna od przekleństwa, że osz do chuja, że literatura to literatura, a nie teledysk. Skąd się to wzięło? Zapomniałem, ale. Mogę zgadywać. Może literatura powinna być spójną, przemyślaną i holistyczną opowieścią, a nie takie impresje i pomieszania i teledyskowa fragmentaryczność. Albo może jest to uprzedzenie potencjalnego ataku-zarzutu krytyka bądź przyszłego czytelnika? Autokrytyka autora? A może chodzi o dowolność i przypadek w doborze pierwszego elementu, źródła z którego wypłynie strumień opowieści? Tylko że to nieistotne. Bodziec mógł być jaki-Kolwiek. Właśnie o dowolność, przypadek i owo co-Kolwiek chodzi w dzieciach śmieciach przede wszystkim.
4 marca 2008 roku z Bartkiem i Savem szwendaliśmy się po mieście, aż do mnie trafiliśmy. Trochę czasu spędziliśmy na niczym, nawet całkiem sporo, a ja zazwyczaj miałem wtorki wolne i mnie to zmartwiło, że tak czas mi ucieka koło nosa, więc jak pojechali już i zostałem sam to uznałem, że osz do chuja, ten dzień tak się nie skończy i wycisnę go jak cytrynkę, a przynajmniej te parę godzin, które mi jeszcze zostały. No to usiadłem i osz do chuja zakląłem, a potem to zapisałem i napisałem dalej, ale jako że nie pisałem o niczym konkretnym, to zaczął mi się taki wstęp a’la strumień świadomości Joyce’a, co w nim zawarłem dzieciństwo moje i literackie zapędy oraz Internet, a nawet Króla Lwa. Pagórek Króla Lwa pojawił się całkiem na zasadzie metafory, ale tak mi się jakoś spodobał, że strumień świadomości sam z siebie zmutował się w fabularyzowaną groteskę i jakoś to pociągnąłem do drugiej w nocy.
Potem byłem niewyspany w szkole i mój Profesor Polonista śmiał się, że piłem pewnie, a jak powiedziałem, że prozę pisałem, to śmiał się jeszcze bardziej.
W każdym razie zaczęło mi się pisać o tym Królu Lwie, wspomniałem nawet o Sarence Bambie, co mi się bardzo spodobało, coby ich spairingować, więc postanowiłem, że jeden rozdział na pewno o nich powstanie, a poza tym dorzuciłem do tego jakiś wiersz i scenariusz filmowy. Generalnie – wielki śmietnik, chaos, brak logiki.
A wtedy sobie pomyślałem, a właściwie poczułem, że jest w tym coś naturalnego, w śmietnisku i bałaganie, że czuję się w nich swojsko i jakbym wracał do źródeł, ale nie takie renesansowe ad fontes, lecz źródła absolutne, pierwotne, normalnie macica albo nawet Wszechbyt atawistyczny, czymkolwiek by nie był.
Chodzi mi o to, że jeżeli miało coś powstać samo z siebie, czy raczej samo ze mnie, bez żadnych gwałtów albo misternych literackich konstrukcji i wypucowanych koncepcji oraz błyszczących idei, to musiało to być chaotyczne, bo chaos mą domeną był i basta, a w dodatku wydawał mi się właśnie głównym tematem tego co pisałem.
Wtedy rzekłem na głos: Jestem ja oto ja jestem ja!
I od razu poczułem się pewniej, z tym że ostatnio miałem mały kryzys-zwątpienie w egotyczne postulaty-zapędy mego Witoldo-Mikołaja, dlatego me zawołanie, to było coś innego niż: poniedziałek – Ja wtorek – Ja środa – Ja czwartek – Ja Gombrowicza, gdyż Gombrowicz zdawał się być bytem autonomicznym i samo-sobie-wystarczalnym, a ja jakoś nie wierzyłem do końca w swą wyjątkowość i nie koncentrowałem się aż tak na penetracji mego kosmosu wewnętrznego. To niemożliwe, myślałem, żebym był jeden na świecie, całe te gadki o alternatywie i awangardzie oraz oryginalności – pusty śmiech – jestem tylko wypadkową współczesności, a śmiem podejrzewać, że tako i ty i wcale nie żaden unikat, tylko po prostu przypadek i równie dobrze mogłem być Nahaczem, serio, mogłem, bo znam to co on doskonale, że się tak pochwalę nieskromnie.
Zresztą, kto ja jestem, żeby do wzgórza Króla Lwa pretendować? Gombrowiczem nie będę, bo za duże we mnie zwątpienie i fascynacja cudzym, a niepoznanym; z kolei sztuka moja własna, imaginacyjna, to jest wielkie niezrozumienie, to są impresje. Więc cóż pozostało? Zmutowałem w śmietnisko i jak gdyby nieco wyłączyłem się ze świata, stałem się obserwatorem.
Ja obserwatorem bywam często. Na takiej ostatniej imprezie z Maksem na przykład prawie się nie udzielałem w dyskusji, w głównej mierze tylko słuchałem i analizowałem. Tak już mam, że czasem trudno mi się całkiem zaangażować w rozmowę, wszystko bywa dla mnie prowizoryczne, że niby każdemu się wydaje, że żyje w platońskim świecie idei, że to wszystko: skóra, język, myśli, ręce – że to wszystko prawdziwe i z krwi i kości, a mnie się wydaje jakby to była proteza życia i to całkiem w zastępstwie czegoś, co nie istnieje, to znaczy chodzi mi o to, że proteza życia to jest ta rzeczywistość nam dostępna, a że jest niedoskonała, to dąży się do jakiegoś ideału platońskiego, toteż ta rzeczywistość nam dostępna to tylko taki półśrodek, przystanek na drodze do celu, krzywe odbicie czegoś lepszego, tylko że lepsze nie istnieje, celu nie ma, a żadnego realnego archetypu, ani urzeczywistnionego środka pierwszego też nie ma, toteż pozostaje jedynie proteza wykrzywiona, która jest z krwi i kości, z krwi i kości mamy protezy, choć z krwi i kości powinny być raczej nie protezy, tylko prawdziwe ręce, takie to trochę absurdalne, tak, protezy są, a poza protezami nic więcej nie, tak uważam.
A w dodatku mam dosyć kiepską cerę i pryszcze mi wyskakują, jak o siebie nie dbam, to znaczy, jak piję i palę czasami jakoś ostrzej, to później wyglądam trochę brzydko i bywam bardzo z tego powodu niezadowolony, więc każdej przyjemności towarzyszy mi zawsze owa świadomość kosztów, które poniosę za kilka dni i które przybiją mnie do ziemi, a uzależnią od Max Factor powiedzmy. Także nawet jak się bawię, to tak pośrednio, z jedną nogą w gównie. A potem jak już wyskoczą te pryszcze, to w ogóle czuję się jak naznaczony i wyklęty, całkiem jakby wyłączony z beztroskiego społeczeństwa dzieci śmieci, które wszystko robią, bawią się, piją, palą i nic im nie szkodzi. Ja mam mentalność dzieci śmieci, tylko że ta mentalność nie jest w całkowitej symbiozie z moim ciałem. Stąd taka dychotomia i dystans z niej wynikający.
Mamy więc jako narratora pierwszoosobowego vouyera wszystkowidzącego. Ale co widzi, jak daleko sięga jego wzrok? Nie dalej niż śmietnisko. A czym jest śmietnisko? Peregrynacją jego wyobraźni, jego – czyli mnie, autora. Stąd prosty wniosek, że narrator służy autorowi, by ten mógł podglądać to, co mu w głowie siedzi. Podążmy jednak dalej tym tropem. Co siedzi mi w głowie? Książki przeczytane, filmy obejrzane, muzyka, filozofia, erotyka, trochę cudzej poezji i własnych mistyczności oraz także, a może przede wszystkim – inni ludzie. I właśnie z powyższych ingredientów ugotowano zupę pod tytułem dzieci śmieci. Oto co podgląda narrator: zawoalowanego samego siebie – jaka perwersja!
Toteż ideę dzieci śmieci urodziłem z własnego przypadku i z własnego śmietniska oraz także, a może przede wszystkim – z innych ludzi, których obserwowałem, choćby na imprezach z Maksem, ale nie tylko, bo w szkole też. Niteczka po niteczce do tej idei docierałem, a zresztą prawdziwe dzieci śmieci (nie te literackie projekcje powyżej) też niteczka po niteczce przed siebie szły i też rodziły się niteczkowo. One były wokół mnie i sam byłem jednym z nich, no więc jazda, piszu, piszu – i mamy książkę o dzieciach śmieciach: kądkolwiek.
Pobawię się jeszcze trochę w takiego krytyka-znawcę literatury i powiem: Zwróćmy uwagę na styl! Chaotyczny, jedno wydarzenie wynika z drugiego zupełnie nielogicznie, przypadkowo, jest w nim wymieszany język wysoki z niskim, to poetyka śmietniska. Ucieczka z groteski jest groteskowa, pojawienie na śmietnisku całkiem wyczarowane z kapelusza, scenariusz filmowy doklejony jakby przypadkowo i na siłę, a niniejsza autoanaliza jest niczym innym jak taśmą albo SuperGlue, którymi staram się skleić te nieprzystające do siebie elementy w całość. Owo pomieszanie to oczywista przesada, hiperbolizacja mająca na celu skierowanie soczewki czytelnika na zjawisko kulturowego miszmaszu oraz błąkania się bez myśli przewodniej po sztuce, popkulturze i czymkolwiek jeszcze jednocześnie. Ma to także na celu oddać charakter zdarzania się życia dzieci śmieci literackich, choć ich pierwowzorów również. Tak, wiecie, styl ma współgrać z treścią, lalala, ciąg przyczynowo-skutkowy absurdalny w fabule książki, bo i też w życiu dzieci śmieci przyczyny i skutki bywają często absurdalne.
A zresztą, idźcie mi z tymi pojęciami i określeniami. Nie wiem, nie wiem kurwa co to jest tak naprawdę, ale „ja jestem proszę pana z telewizji” i to się wokół zdarza. Zdarza się. Zdarza.
Bo to wcale nie jest tak, że wymyśliłem sobie dzieci śmieci i mi się same napisały, że niteczka po niteczce brnąłem w ich kierunku, gdzieś z próżni do pustki. No dobra, napisały mi się same i wymyśliły, ale przecież nie z kapelusza, tylko z tego co mnie boli, jak mawiał Czarnecki Stefan, choć z soli i z roli właściwie też, i właśnie w tym się z Czarneckim różnimy, że on sobie wybierał z czego się rodzi, a ja się rodzę ze wszystkiego. No ale już dobra. Zaraz spalę kurtynę, zbiję lustro i zrzucę maskę z twarzy tej groteski po to, by pokazać wam współczesny, realny i istniejący pierwowzór, a właściwie pierwowzory, a w tym celu – podkreślam to drodzy maturzyści – nawet styl ulegnie zmianie i pewnej normalizacji.
Ale koniec tego teoretyzowania, bo oto już na horyzoncie majaczą mity miasta Poznań, bo w mieście łatwiej jest być dzieckiem śmieciem. Jest łatwiej i już. Bo dzieci śmieci to nie są tylko peregrynacje mej imaginacji, peregrynacje są przecież alegorią, bo w końcu imaginacja też czymś musi się żywić i z czegoś wyrastać, a wyrasta ona w sporej mierze z miasta Poznań, w którym żyję i z mitów, które w tym mieście się stworzyły. Kończę zatem niniejszy pomost pomiędzy groteską a Poznaniem, a wy przestańcie wpatrywać się w odłamki tego lustra roztrzaskanego tu na podłodze, tylko odwróćcie głowy i spójrzcie za siebie, gdzie znajdziecie pierwowzory tych kiepskich odbić jakimi były dzieci śmieci, gdyż oto już są one, oto są one, oto są, oto
MITY MIASTA POZNAŃ
HIPERŁĄCZA WEWNĘTRZNE
czwartek, 26 czerwca 2008
fragmenty ksiażki spalonej #2
Książka ma pierwsza, spalona, miała strukturę lustrzaną. Z jednej strony odbicie krzywe, groteskowe, zhiperbolizowane i sztuczne, jakieś dzieci śmieci, lwy, sarenki bambie, wielki burdel, śmietnisko w przesadzie. Z drugiej strony była ta rzeczywistość mi dostępna, Poznań, znajomi i właśnie cała ta część druga to pierwowzór odbicia, którym była część pierwsza. Lustrem, tym narzędziem, które miało tego dokonać i wyjaśnić to, był cały poniższy fragment, spoiwo między dwoma skrajami osi tej samej.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz