czwartek, 26 czerwca 2008

fragmenty książki spalonej #1

Pierwszą książkę należy podobno spalić. Nie żeby była to jakaś uniwersalna zasada, bo bywa różnie, ale akurat mi się sprawdziło. Spaliłem, choć bardziej metaforycznie niż fizycznie, żadnego rękopisu który nie płonie nie miałem na podorędziu, miałem za to plik tekstowy, a wiadomo, że pliki tekstowe nie ulegają sformatowaniu, całkiem jak rękopisy nie płoną.

Ta pierwsza książka była pośpieszna, jako odreagowanie przedmaturalne, gdy już wymiotowałem polonistyką i musiałem się wyżyć jakoś. Napisałem w 24 dni te 22000 słów. Kilka mi się nawet udało, tych słów. Całość do kosza. Ale fragmenty, fragmenty, w formie ciekawostki, nudy wypełnienia, letniego ciszy interwału, zamieszczam.

- Osz do chuja, literatura to literatura, nie żaden teledysk błyszcząco mrygający – a przekląłem tylko dlatego, że to młodzieżowe, a więc buntownicze, a że jestem cały z odpadków współczesności, to przeklinam, bo jakże bym miał nie przeklinać, kiedy młody jestem, a także, a jakże, buntowniczy.
Nie no, stop, jeszcze raz, jestem w końcu z inteligenckiej rodziny, dobre wychowanie i porządna edukacja odebrane, a to coś znaczy. Nie znaczy to oczywiście od razu zajawki w stylu „Trzynastego lutego pod domem w Bydgoszczy dwóch tajemniczych jegomości” bo tego już nikt nie czyta, tych misternych konstrukcji ramowych, literackich domków z kart, bo one takie papierowe są właśnie, a często też z plastiku, zresztą, ja wcale nie z Bydgoszczy, a już tak w ogóle to co ciebie obchodzi skąd ja jestem. Jestem, jak już mówiłem, ulepiony z odpadków, a że wokół liczna horda mnie podobnych, to co w ogóle za znaczenie ma moja osoba. I w ogóle to o czym ja do ciebie. I pożal się boże. Pożal się boże marna ze mnie kalka, bo widzicie, siedziałem sobie spokojnie pół życia na wsi i myślałem o tym jaki fajny jestem i nawet nie żebym ja znał wiarę dookoła, jakichś tam Michałów, Jacków Lików albo Kupidurów, chuja tam, nikogo nie znałem, bo cały czas na dupie w domu siedziałem, babcie widziałem codziennie i dziadka też. Mamę i tatę to po parę razy dziennie. Ogródek duży miałem, piaskownicę i trochę lego oraz GI-Joe’sy, to i z tego jakieś miasta powstawały, statki i takie tam, wiecie, budowle. Pamperki plastikowe sobie w nich hodowałem jak tamagochi, one sobie gadały takie różne moje słowa, co im wymyślałem i podpowiadałem do uszka. Takie to rozwijające wyobraźnie było chyba. No i do chuja, poczułem się zajebisty najwyraźniej, Wielki Kreacjonista i Pierwszy Prawodawca, co mi się wymyśli, to ożyje, a co mi się nie wymyśli tego nie ma. Normalnie Bóg najprawdziwszy, w wersji mini co prawda, ale co tam, przecież ma czas, jeszcze dorośnie i będzie total maxi mega lux. Bo zajebisty byłem. Krótkie włoski, błękitne oczka, drobne, chude ciałko, normalnie sexi synek siedmioletni, aż palce lizać i jeszcze to zacięcie kreacyjno-egotyczne, no, no, no, świat lada moment będzie należeć do mnie, bo do kogo by innego?
Ale sobie psychologiczną wiwisekcję dzieciństwa trzasnąłem. Aż się boję, bo całe dzieciństwo za mną, a tu dopiero trzeci akapit, jeszcze ze trzy i pewnie skończę, ale to dobrze, bo wiadomo, że książek wcale najprzyjemniej się nie czyta, tylko się o nich d y s k u t u j e, co znaczy mniej więcej, że wchodzimy na biblionetka.pl i smarujemy jakąś czadersko przesterowaną recenzję, która pozwoli nam poczuć się lepszymi, bo raz, że dajemy znak jacy jesteśmy mądrzy i oczytani i na czasie (czyli trendy), bądź wbrew niemu (czyli oryginalni), a dwa, że pokazujemy się publicznie, semaforowo machamy chorągiewkami patrzcie patrzcie tu jestem, coś robię, nie marnuję czasu, jestem fajny, bo tu jestem gdzie ciebie nie ma i zrobiłem coś czego ty nie zrobiłeś. Bo tak naprawdę gdyby książki były krótsze i tańsze, to by było lepiej, raz że tańsze łatwiej schodzi, a dwa że jak krótsze, to byśmy więcej książek czytali i by nam zaraz średnia krajowa podskoczyła. Także im szybciej skończę, tym się wszyscy bardziej ucieszą, co prawda może dociągnę do setki, ale to już maks, nie sądzę, bym więcej dał radę, bo w końcu ile ja mam lat, żeby się wypowiadać wśród tego szacownego gremium, chyba wciąż za mało żeby napisać taką książkę na 200-300 stron, no na 150 to może jeszcze ewentualnie, ale tylko jak dobrze wodę poleję, jednak kogo to wtedy zainteresuje.
Bo kto ja w ogóle jestem, ten obcy, co się wdziera ze sztandarem na wzgórze Króla Lwa i woła patrzcie patrzcie kim jestem, jaki jestem, oto jestem. No i chuj że jestem. Jestem, jesteś, jesteśmy, co za różnica, ty mówisz jestem, ja mówię jestem, on mówi jestem, więc wszyscy chyba jesteśmy bez różnicy mówiąc jestem.
Także stoję na pagórku, a tu nagle pojawia się on, Król Lew, także stoję przed nim, dopiero co się wdrapałem na ten jego pagórek, z którego pozwala wiernym poddanym admirować swe złociste futro puszyste, a tu już ów kot łypie na mnie zaropiałym okiem, kieł odsłania, ogon mu staje i jakiś taki ogólnie antypatyczny ma oddech. To ja się pytam o co chodzi i w czym mogę pomóc najjaśniejszemu panu, a on na to, żebym spierdalał, bo kto ja w ogóle jestem, żeby się tu pokazywać. To ja grzecznie mówię, że już spieprzam, wedle woli mociumpana, ale temu futrzakowi chyba niedawno musiały się zacząć problemy z potencją i teraz nie może sobie ulżyć z sarenką Bambie, więc frustracje na mnie wyładowuje, bo z głupia frant nagle kaprys mu się wyczarował, że nie i chuj, mam czekać i nie pójdę, dopóki mu nie odpowiem, to znaczy co ja sobie w ogóle myślałem, jak tu wchodziłem, mam mu dokładnie i racjonalnie wyłożyć wszelkie przesłanki, które mną powodowały, a jak nie odpowiem to haps-haps, pożre mnie na śniadanie i to będzie koniec mojej kariery literackiej, bo z takim zjedzonym na starcie, to potem już nikt gadać nie chce, a czytać go to w ogóle.
Też mu się wymarzyło, krytyka i kustosza sztuki w sobie odnalazł! I wyszczerzył mordę tak bezczelnie z siebie dumny, jakby to niewiadomo jaki elokwentny był i chytry, a wszystkie kły świeciły mu jakby pasty blend-a-med 3D-white używał i uśmiech jego powalił mnie swą bielą absolutną, jak platońska idea i aż wyciągnąłem lusterko dentystyczne i sobie moje ząbki moje własne obejrzałem, a te jakieś niemrawe i jakby żółtawe, choć nigdy żółte nie były, raczej jasne, ale całą biel moją nieśmiałą wessała najwidoczniej biel absolutna Króla Lwa. Od razu więc gębę zamknąłem i postanowiłem od teraz słowa cyzelować bardzo ostrożnie, aby jak najmniej jamy ustnej odsłaniać, a z uśmiechu to w ogóle zrezygnowałem. Taki oto byłem idealista.
Ale myślę dalej co robić, bo zwierzak najwidoczniej ostro się podjarał swoją interwencją i nie zamierzał odpuścić. W ogóle to na dole, to znaczy pod jego pagórkiem, tłumy jakichś tam bawołów, hien i zebr głośno wiwatują, co tylko pobudza Króla Lwa, żeby jeszcze bardziej prężył swe ciałko chrupiące aż ślinka cieknie i ja patrząc po reakcji żyraf gotów jestem uwierzyć, że co nieco już faktycznie cieknie, no bo jak by tu miało nie pocieknąć, jeszcze chwila, a mi samemu pocieknie, taki jest ten dupek żołędny ładny, ów kocur w sensie. Więc patrzę jak zahipnotyzowany na Króla, jak do drzewa podchodzi i łbem o nie ociera, bo widać coś go za szyją zaswędziało. Jak zahipnotyzowany patrzę ja i jak zahipnotyzowany patrzy tłum, cieknie już wszystkim równo na sali, a jednak cały czas patrzę ja i – patrzą oni, choć właściwie tak samo patrzymy. I poczułem się jak jedno z tym tłumem, że tam moje miejsce, takie, wiecie, mistyczne doznanie i że w ogóle kto ja jestem i co sobie myślałem, że tu do Króla, na jego pagórek, z jakiej racji i kto mi pozwolił, kiedy na dole moje miejsce, gdzie stać mogę lub siedzieć i w tych dwóch konfiguracjach patrzeć na Króla albo ewentualnie innego Hipopotama, o ile tylko Królowi się wymyśli, że on ciekawy jest i trendy, bo mu rekin nogę zjadł i tylko trzy zostały.
A więc. Także. Patrzę ja i patrzy tłum. Jednak nie patrzymy razem, bo ja ten tłum, poczułem to teraz bardzo wyraźnie i namacalnie, zdradziłem. Tak, zdrajcą byłem, gdyż wdrapałem się na pagórek, lepszy od tłumu być chciałem, a przecież byłem taki sam, taki sam odpadek jak tamte odpadki na dole. Ale zgrzeszyłem i dumę poczułem. Zdradziłem.
Teraz to już kaplica. Bo podumajmy nieco i przyjrzyjmy się możliwościom, jakie miałem. Raz. Mogę nie odpowiedzieć Królowi, ten mnie zje, a motywy me tajemnicą pozostaną, co przez wieki inspirować będzie i w legendach przetrwa, bądź zdechnie ze mną razem, a honor mój niesplamionym ostanie się, co mnie szczerze mówiąc nie urządza wcale. Dwa. Mogę ukorzyć się grzecznie i liczyć na łaskę i wyrozumiałość drapieżnego lowelasa, że puści mnie ze swych szpon i pozwoli wrócić do tłumu, gdzie miejsce moje. Z tym że miejsca już tam nie miałem, anonimowość straciłem, a bez niej w tłumie ni hu-hu, a w dodatku zdrajcą byłem i już czułem na karku oddech ostracyzmu społecznego. Ale istniała jeszcze trzecia opcja i – jak to już bywa z trzecimi opcjami – była oczywiście najlepsza i najmądrzejsza. Mianowicie należało przekonać Króla, że faktycznie miałem prawo być tutaj, że zająłem jego miejsce nie bez powodu i niech się on nie gniewa na mnie, a w ogóle najlepiej jakby się zachwycił i – jeśli już tak bardzo nalega – to, owszem, może mi ciągnąć druta.
(…)

Brak komentarzy: